Jesteś tutaj: Egzaminy na aplikacje » Artykuły » Mniej chętnych na aplikacje?
testy 2012 750

Mniej chętnych na aplikacje?


Z doniesień prasowych wynika, że w tym roku jest mniejsze zainteresowanie „klasycznymi" aplikacjami prawniczymi niż w roku poprzedzającym. Jak wieść gminna niesie spadek zainteresowania wstępnie wyniósł ok. 40%, co należy uznać za bardzo pokaźne zmniejszenie się liczby chętnych. Oczywiście pojawiły się głosy wskazujące na bazie poszczególnych miast, że liczba chętnych się zwiększyła, ale globalna tendencja jest jednak spadkowa. Warto się pochylić nad przyczynami i skutkami takiego stanu rzeczy.

Przyczyna „matematyczna"

Pierwszą przyczyną, która praktycznie sama się narzuca, jest przyjęty okres obserwacji fluktuacji ilości chętnych na aplikację. Mianowicie, horyzont obserwacji obejmuje zaledwie jeden rok, a więc porównanie liczby kandydatów następuje na gruncie jedynie dwóch, następujących po sobie egzaminów. Z jednej strony przyjęcie takiego okresu porównawczego wydaje się uzasadnione - egzaminy na aplikacje odbywają się co roku, więc teoretycznie przyjęcie takiego krótkiego okresu jest usprawiedliwione harmonogramem egzaminów na aplikacje. W zwykłej sytuacji takie porównanie pozwalałoby całkiem dobrze zorientować się w rzeczywistym zainteresowaniu aplikacjami oraz uzyskać pewne wskazówki na temat najbardziej popularnego wśród danego rocznika modelu kariery prawniczej. W tym przypadku jednak porównanie rok do roku powoduje pewne zakłócenie w reprezentatywności osiąganych liczb ze względu na fakt, iż w zeszłym roku odbywał się pierwszy egzamin według ułatwionych zasad, po którym na aplikacje podostawała się rekordowa liczba chętnych. W konsekwencji porównywanie danych ubiegłorocznych z tegorocznymi może być równie mylące co porównywanie danych sprzedaży hotelu nad polskim morzem w sezonie oraz w miesiącu następującym po zakończeniu sezonu. Mimo to taka techniczna przyczyna nie wydaje się tłumaczyć całości, aż 40% spadku zainteresowania, nawet jeśli za jego część zapewne odpowiada.

Alternatyw liczba niezmierzona?

Drugą przyczyną, natury raczej materialnej niż technicznej jest coraz częściej i szerzej utożsamiana możliwość obrania różnych dróg kariery prawniczej. Obecnie bynajmniej nie jest już tak, że aplikacja postrzegana jest jako conditio sine qua non rzeczywistej kariery prawniczej i wręcz niezbędne przedłużenie studiów prawniczych. Na tę okoliczność przepytałam dwie osoby:

Piotr, 6 lat doświadczenia w pracy prawnika, 4 lata po studiach:

- Kiedy kończyłem studia panowała jeszcze raczej taka atmosfera, że nie tylko wypadało, ale wręcz należało iść na aplikację, żeby liczyć na rozwój kariery, i co tu dużo ukrywać, na pieniądze, dla których większość ludzi idzie na prawo. Spróbowałem więc raz - poszedłem na egzamin na aplikację adwokacką. Zabrakło mi jednak trochę punktów. Z perspektywy mogę powiedzieć, że zyskałem dodatkowy czas do namysłu, który pozwolił mi dostrzec, że na rynku prawniczym są inne możliwości, które przede wszystkim nie wymagają tak znaczących nakładów finansowych jakie wymaga aplikacja. Znalazłem pracę w kancelarii i rozwijam się w swojej dość specyficznej dziedzinie, mając okazję uczyć się praktycznie od ludzi o znacznie większej niż moje, wiedzy i doświadczeniu. Aplikacja nie byłaby mi do tego potrzebna - byłaby w tym zakresie wręcz szkodliwa, bo przez dwa dni w tygodniu byłbym wyłączony z pracy, co z pewnością utrudniłoby znalezienie i utrzymanie pracy, a już na pewno zmniejszyłoby zakres w jakim mógłbym czerpać z zasobów wiedzy doświadczonych kolegów. Moja „działka" jest na tyle specyficzna, że mam podstawy sądzić, że za 2-3 lata będę w niej na tyle wyspecjalizowany, że i bez aplikacji będę mógł uzyskać więcej niż satysfakcjonujące zarobki.

Magda, 2 lata doświadczenia w pracy prawnika, rok po studiach:

- Nie planowałam iść na aplikację. Już w trakcie studiów zainteresowałam się dziedziną prawa, która większość odstrasza, chociaż każdy co rok musi się z nią zmierzyć, a nieświadomie to nawet co miesiąc - chodzi oczywiście o podatki. Wspomnienie o tym powoduje, że znajomi wyrażają nieustanne zdziwienie, że chce się tym zajmować, stwierdzając, że to nudne i strasznie trudne. Może właśnie dlatego to wybrałam - lubię wyzwania. Z pewnością jednak kwestia znacznie większej dostępności tytułu doradcy podatkowego niż tytułu radcy też miała znaczenia. Jeśli mam do wyboru praktykować przez dwa lata, ucząc się w tym czasie praktyki i teorii, po czym iść na dwuetapowy egzamin i mieć upragniony tytuł, albo iść na płatny egzamin wstępny, płatną aplikację z trudnymi egzaminami cząstkowymi i trudny egzamin końcowy, to wolę jednak to pierwsze rozwiązanie. Szczególnie w sytuacji gdy wiem, że nie będę się zajmować wszystkim - specjalizacja jest zauważalnym trendem wśród prawników, więc nie ma sensu zdobywać uprawnień, które uprawniają do wszystkiego, jeśli nie będą mi potrzebne.

Poza powyższymi opcjami niewątpliwie są również inne rozwiązania - choć niekoniecznie prostsze, np. uzyskanie tytułu doktora i zdawanie bezpośrednio egzaminu na adwokata czy radcę albo uzyskanie habilitacji, które pozwalają osiągnąć cel w postaci tytułu radcy czy adwokata bez aplikacji. Sądzę jednak, że istnieje również spora grupa osób, które zwyczajnie nie odczuwają potrzeby pójścia na aplikację, gdyż mają pracę, w której osiągają satysfakcjonujące ich zarobki i uznanie dla swych umiejętności, a dołączenie do korporacyjnych „elit" nie stanowi ich osobistego Mount Everest'u.

Alicja Suwara-Leuenberger



Copyright © 2011 LexisNexis Polska Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 181, 02-222 Warszawa